Pazdan i spółka kontra Ronaldo i koledzy czyli Legia grała z Realem!

Już dwa miesiące temu wiadomo było, że do Warszawy po wielu latach zawita Liga Mistrzów. Humory jeszcze bardziej się poprawiły, gdy podczas losowania grup okazało się, że do Warszawy zawita Real Madryt, Borussia Dortmund i Sporting Lizbona. Hiszpanie to jedna z najlepszych drużyn na świecie, mająca w swoim składzie wielu wyśmienitych graczy. Mecz ten miał być świętem dla mieszkańców nie tyle stolicy, ale też Polaków.

Wszystko ładnie pięknie, ale niestety bez udziału publiczności. Wszystko to przez zachowanie warszawskich chuliganów podczas meczu z Borussią Dortmund i decyzję UEFA o zamknięciu bram stadionu. Czy dało się temu unikąć? Odpowiedź jest jedna i oczywista. Niestety walka z kibolami trwa i perspektyw na pozytywne zakończenie nie widać.  Środowe spotkanie było rozgrywane w smutnej atmosferze. Trybuny świeciły pustkami, niczym na sparingu. Szkoda, że zamiast 32 tysięcy widzów oglądających takie gwiazdy jak: Cristiano Ronaldo czy Gareth Bale, tę przyjemność otrzymało kilkaset osób.

Za bandą, wśród fotoreporterów, czuć było napięcie, ale też walkę o jak najlepsze miejsce i kadr. Ludzi oglądających świat przez wizjer, było całe mnóstwo. Wspomniany wcześniej Portugalczyk Ronaldo czy też Walijczyk Bale, bądź Francuz Karim Benzema, byli głównymi obiektami zainteresowań.

Zawodnicy Legii chyba jeszcze byli nieprzyzwyczajeni do pustych i po niecałej minucie przegrywali 0:1. Wśród „okamizelkowanych” słychać było głosy typu: „niezła bramka, ale szkoda, że już teraz”. Po półgodzinie gry było jeszcze gorzej. Karim Benzema podwyższył na 2:0. Legia próbowała atakować i zdobyła bramkę „do szatni”. W przerwie rozgrzewająca zielona herbatka, chociaż dla niektórych rozgrzewka potrzebna nie była, bo od 46 minuty zapowiadało się bardzo ciekawie i rzeczywiście tak było. Szybki strzał Miro Radovicia i Legia remisuje z Realem. To było za mało dla garstki kibiców, bo z trybun poleciało spontaniczne: „Jeszcze jeden!”. Najlepszy słuch miał Thibault Moulin i po raz pierwszy od 20 lat polski zespół prowadził w Lidze Mistrzów. Dla większości osób szok i niedowierzanie. Tuż po strzeleniu bramki fotografowie zajęli się zdjęciami, a ja zamiast robić podobnie, podskoczyłem z radości do góry i szczerze ucieszyłem się z tego gola. Niestety radość nie trwała długo. Kilka minut przed końcem zawodnicy ze stolicy Hiszpanii doprowadzili do remisu.

Cóż, remis, który trzeba traktować jak zwycięstwo. Dlaczego? A no dlatego, że Legia to kopciuszek, natomiast Real należy do grona najlepszych, najchętniej oglądanych i wspieranych klubów na całym świecie.

Po tym spotkaniu można wysnuć kilka wniosków:

  • Legia postawiła się znacznie lepszemu rywalowi
  • Real Madryt dostosował się do atmosfery spotkania i nie zagrał na maksa
  • Trener Jacek Magiera w krótkim czasie po objęciu „Legionistów”, wprowadził jako taki ład i porządek
  • Sekretariat na Stadionie ma problem z akredytacjami
  • Ochrona podczas przyjazdu gości, zachowała się bardzo profesjonalnie
  • Zinedine Zidane z nerwów wyłysiał jeszcze bardziej.

Dodaj komentarz